„Nowe przygody Mikołajka”, t. I i II
z 05-01-2010 14:37


( 12 Oceny )

Jerzy Lengauer, Libertas.pl

René Goscinny, Jean-Jacques Sempé, NOWE PRZYGODY MIKOŁAJKA, 10CD i 1CD-MP3
Autor: Rene Goscinny, Jean- -Jacques Sempe
Tytuł: „Nowe przygody Mikołajka”, t. I i II
Czytają: Jerzy Stuhr, Maciej Stuhr
Czas: 11 godz., 6 godz. 30 min
Nośnik: 10 CD i 1 CD MP3

Wydawca: Znak

Posłuchaj fragmentu

Za genialnie wydane audiobooki Nowych przygód Mikołajka (dwa tomy) należą się wydawnictwu Znak wielkie oklaski! Już miałem okazję zachwycać się okładką audiobooka, która dokładnie kopiuje, czy też odzwierciedla, okładkę książki. W tym przypadku jest tak samo. Na księgarskiej półce przyciąga natychmiast wzrok i znakomicie prezentuje się też na półce domowej biblioteczki. Wpisuje się pięknie w cały ten szał Mikołajkowy, w te gadżety, przeróżne wydawnictwa, gdzie króluje kreska Sempégo i odmieniane przez wszystkie przypadki imię Mikołajek…

W środku znajdujemy nie jedną płytę MP3, lecz 11 w pierwszym tomie i 7 w drugim. Oprócz przełożenia tych liczb na rozdziały (i dodatki) w płytach o „normalnym formacie”, to właśnie ta dodatkowa, nadprogramowa płyta zawiera wszystko w formacie MP3! Chciałoby się powiedzieć truizmem, że dla każdego coś dobrego. Dla mnie jest to ogromne ułatwienie – bez odtwarzacza MP3 mogę słuchać w każdym miejscu mieszkania, nie przeszkadzając innym (notabene – jak można przeszkadzać Mikołajkiem?!).

 


Czytają Jerzy i Maciej Stuhrowie… Uznałem, że to świetna wręcz wiadomość. I chciałem na tym poprzestać. Jerzy Stuhr to według mnie jeden z najznamienitszych żyjących aktorów. Mogłem z góry założyć, że jest równie znakomitym lektorem, co aktorem. Ucieszyłem się. Słuchać przez wiele godzin głosu ulubionego artysty, czytającego moją ulubioną w dzieciństwie książkę, to coś wspaniałego. Jednak po kilku minutach się rozczarowałem. Dialogi kilkuletnich, pewnie niespełna dziesięcioletnich uczniów, zaczęły mi się jawić jakby knajackim tonem, prawie że więziennymi rozmowami, jakimś gitowskim językiem, przefiltrowanym jedynie na dziecięce pojmowanie świata. Potem zacząłem się przyzwyczajać, a może i lektor przypomniał sobie o chłopięcych latach? Wszystko wróciło do wyobrażanej przeze mnie normy i zaczęło być przyjemnie. Zacząłem dostrzegać wspaniałą interpretację postaci taty Mikołajka. Nerwowego, kłótliwego, trochę nierozumiejącego dzieci, jakby z niezamierzonym do nich dystansem. Miejscami bardzo śmiesznego, miejscami dającego wiele do myślenia dorosłym czytelnikom.

A Maciej Stuhr? Och, i tutaj znowu rozczarowanie, ale już do końca słuchania! I tak jak z jego ojcem Jerzym – doskonały ton, świetna interpretacja postaci dorosłych: ojca Mikołaja, sąsiadów, opiekunów szkolnych, dyrektora szkoły; także kobiecych – przede wszystkim mamy Mikołaja, nauczycielki. Nic dodać, nic ująć. Ale głosy chłopięce kiepsko! Chyba Maciej Stuhr za bardzo przejął się rolą. Może chciał przewyższyć klasę ojca, wkładając całą swoją inwencję aktora i lektora w dziecięce krzyki, dąsania i kłótnie, które miejscami odbierałem bardzo nieautentycznie. Nie, nie – to tylko moje odczucie. Słychać w tym głosie wielką siłę, ogromne przyłożenie się do roli. Ale jakby to nazwać? Przeinterpretowanie? Wierzę jednak, że wielu słuchaczom może to przypaść do gustu, nie razić, a wręcz wzbogacać czytaną książkę. Jednakże ja jestem zwolennikiem łagodnej interpretacji, która pozostawia słuchaczowi wiele dla własnej wyobraźni. A może to po prostu kompleks czytelnika? Odczucia wytrawnego, doświadczonego słuchacza, wieloletniego wielbiciela audiobooków mogą być przecież całkiem inne. Stąd też nie zastanawiajmy się, proszę, nad wyższością lektora Jerzego Stuhra nad lektorem Maciejem Stuhrem. Gwoli formalności: obaj Stuhrowie podzielili się po połowie każdego tomu. Z tym że pierwszy zaczyna Jerzy Stuhr, drugi Maciej.

Mikołajki zacząłem czytać, gdy miałem jakieś 13 lat. Pamiętam, że wspólnie z kolegami ze szkoły, a później też z sąsiadem, równie zafascynowanym i zauroczonym tymi opowiadaniami, wymienialiśmy się kolejnymi tomami, najpierw zdobywanymi w bibliotece, potem już kupowanymi. Tak w ciągu kilku lat, mniej więcej w połowie lat 80., miałem skompletowane już wszystkie tomy. To były książki, które pozwalały się oderwać od powieści przygodowych, pirackich, indiańskich itp. zaprzątających wówczas głowę kilkunastolatka. Potem pozwoliły nawet odsunąć na bok polskie komiksy. Z Mikołajków cytowało się powiedzonka, zdania, frazy. Opowiadaliśmy sobie co lepsze, co śmieszniejsze fragmenty, żeby ich nie zapomnieć i zwrócić naszą uwagę na niechcący pominięte. To książki, które czytało się nad talerzem z obiadem tuż po szkole, wystawiając się na karcenie przez matkę. Sądziłem, że te czasy już nie wrócą. Do przygód Mikołajka wracałem potem wielokrotnie. Czasami brałem z półki któryś tom i czytałem, to parę rozdziałów, to jakieś fragmenty – dla poprawienia humoru, dla przypomnienia, dla uśmiechu, dla powrotu do dzieciństwa. Po to, żeby z żoną wymieniać się zapamiętanymi dykteryjkami na temat ojca Mikołajka, Buni czy Kleofasa. Jakiś czas temu zacząłem czytać Mikołajki kilkuletniej córce. W końcu sama zaczęła mnie prosić, żeby przed snem poczytać jej któryś z tomów. Żona także nie mogła się dłużej opierać i czytała. Nie wiadomo, czy bardziej córce, czy sobie. Już zdążyłem się przyzwyczaić, że będziemy wspólnie tylko wracać do tych tomów ze zniszczonymi okładkami, aż tu nagle po dwudziestu latach Nowe przygody Mikołajka – dwa razy po kilkadziesiąt opowiadań! I natychmiast audiobooki! Do tego w takim wykonaniu! Sprawiło mi to niewiarygodną radość! Nie przypuszczałem nawet, że ukażą się tom drugi i Nieznane przygody Mikołajka. Teraz oczywiście czekam na formę słuchaną.

Oba tomy wydane, powtórzę, genialnie! Równie w formie książkowej, co audiobookowej, bo przecież audiobook zawiera wszystko to, co książki. W pierwszym tomie to wstęp córki Goscinny’ego – Anne, która mówi o uczuciach i więzach, przyjaźni autorów będących chyba podstawą dla stworzenia tych opowiadań.

Jak większość pozostałych tomów z przygodami Mikołajka, tak te również przełożyła Barbara Grzegorzewska, mamy więc ten sam styl: ciągłość języka, te same imiona, pseudonimy, zdrobnienia.

Przygody Mikołajka dotyczą przełomu lat 50. i 60. ubiegłego wieku (jeszcze przed epoką „powszechnych telewizorów i lodówek”). Jednak nigdy mnie to nie raziło. Opowiadania są takie rześkie, jakby opowiadały o czasach teraźniejszych. Być może dlatego, że skupiają się przede wszystkim na relacjach międzyludzkich. Lodówka, samochód są na dalszym planie. Służą tylko jako rekwizyty do pokazania śmiesznych stosunków rodzinnych i sąsiedzkich, których mamy tu co niemiara. Goscinny wyciąga te relacje na światło dzienne z ogromną swobodą. Trochę ironicznie pokazuje: jaki jest standardowy tata, który pracuje w biurze, a po pracy chce w spokoju usiąść w fotelu z gazetą, jednak tego spokoju nie może mu zapewnić Mikołajek, którego wszędzie pełno; jaka jest mama, ciągle przebywająca w swoim kuchennym królestwie, dla której najważniejszą rzeczą w życiu jest przygotowywanie posiłków dla swoich panów. Na tych kontrastach, doprawianych prześmiesznymi szczegółami, rodzą się przezabawne sytuacje. Ale to nie wszystko. Na zasadzie przeciwieństw konstruowana jest relacja, ba! wojna społeczna i rodzinna, między sąsiadami, pracownikiem i szefem oraz teściową i zięciem. Przecież mamy Bunię, mamę mamy Mikołajka. I wydawałoby się nic nowego: z dość chłodnych stosunków między zięciem a teściową autor wyciąga złośliwe dialogi, komentarze, bardziej rozumiane i doceniane przez dorosłych czytelników niż dzieci. Mamy pana Blédurta (z żoną, chociaż to nie ona jest „główną atrakcją” wzajemnych stosunków obu rodzin), państwa Courteplaque – nowych sąsiadów z córką Jadwinią, o której Mikołajek mówi, że nie jest tak fajna jak chłopaki, ale i tak się z nią ożeni, jest szef taty Mikołajka – pan Moucheboume. Sytuacje z udziałem tych postaci są przezabawne. Dlaczego? Bo widzimy w nich samych siebie, naszych sąsiadów, naszą rodzinę, nasz stosunek do szefostwa. Wszędzie mnóstwo złośliwości i kpin. Od wspólnej zabawy przez obrażanie się po pomoc i wścibskość. Bo autorzy przypisali każdej z postaci, która pojawia się w zbiorach opowiadań i która tworzy owe Mikołajkowe środowisko naturalne, właściwe cechy. A te cechy właśnie dają słuchaczowi możliwość i komfort zadomowienia się w stworzonym środowisku, uśmiechu już na sam dźwięk imienia czy nazwiska postaci, nawet po usłyszeniu ledwie kilku słów, które zapowiadają uczestnictwo osoby w jakimś zdarzeniu. Samo życie!

Wszystko to, co napisałem, jest widziane z punktu widzenia dorosłego czytelnika. Skupiłem się bowiem na rodzinie, sąsiedach i toczonej od wieków wojnie między teściową a zięciem. Czyżbym po ponad dwudziestu latach nie potrafił spojrzeć wstecz? Czyżbym się stał taki, jak tata Mikołaja? Czyżby nie bawiły mnie szkolne historie? Szaleństwa na przerwach? Zabawy na boisku szkolnym? Wzajemne odwiedziny w domach szkolnych kolegów? Oczywiście, że nie! Stosunki między dorosłymi to dokładna kopia stosunków między małymi kolegami. A może i odwrotnie? Podobne cechy, wyraziste, powtarzalne prawie, co opowiadanie, posiadają najbliżsi koledzy Mikołaja: Alcest, Ten, co bez przerwy je, Kleofas, Ananiasz, Pupilek naszej pani, Joachim, Rufus, którego tata jest policjantem, Maksencjusz o długich nogach z wystającymi brudnymi zawsze kolanami, Euzebiusz, lubiący dawać fangi w nos, Gotfryd, który ma bardzo bogatego tatę. Oni się kłócą, popychają, biją, jeżdżą na szkolne wycieczki, zostają w szkole po lekcjach, przychodzą do szkoły w wolny dzień za karę, ściągają, uwielbiają swoją panią, nazywają swojego opiekuna Rosołem. To im konfiskowane są zabawki przynoszone do szkoły pomimo zakazów. To oni wybierają się na pusty plac pełen desek i cegieł. Historie z nimi związane wzbudzają tak ogromny śmiech, że należy zakazywać ich czytania przy jedzeniu, bo grozi to zakrztuszeniem i pluciem okruchami, jak w przypadku Alcesta, tego, co ciągle ma od masła tłuste ręce.

Jest jeszcze coś, na co do tej pory nie zwróciłem uwagi. Goscinny dał nam bardzo szeroki obraz powojennej, małomiasteczkowej Francji. Zwyczajów prowincji z drobnymi sklepikarzami, powstającymi domami towarowymi, dorabianiem się mieszczaństwa, wyjazdami na wieś, ulicznymi lodziarzami, policjantami pilnującymi porządku na ulicach, wesołymi miasteczkami… Pokazał szkołę jeszcze nie koedukacyjną z czwartkiem jako dniem wolnym od nauki…

Zatem, Dorośli Czytelnicy, obejrzyjcie się za siebie i poszukajcie w swojej pamięci postaci ze szkoły i podwórka. Tacy byliśmy, bez wątpienia – te same zabawy, te same kłótnie, te same powiedzonka, przyzwyczajenia. Tak samo zachowywaliśmy się w ławkach i na przerwach w szkole podstawowej. Ileż postaci wymyślonych przez Goscinnego, i narysowanych przez Sempégo, krążyło wokoło nas! Zatem czyżby autorzy wyłącznie pokazali nam rzeczywistość? Jeśli tak, to dlaczego nas to tak śmieszy? Może dlatego, że przeglądamy się w zwierciadle i wychodzi nam to na zdrowie. Terapia?

Trudno streszczać lub recenzować wszystkie opowiadania z tych tomów. Wiele rzeczy jest powtarzalnych, jak zachowania dzieci i rodziców. Przez tę powtarzalność Goscinny buduje humor, który nie nudzi. Przecież można ciągle słuchać czy czytać: "Rosół. To nasz opiekun, nazywamy go tak, bo wciąż mówi: , a na rosole są oka". Przedstawianie tych samych postaci z tomu na tom jest coraz bardziej zabawne: że Alcest ciągle je, że Gotfryd ma bardzo bogatego tatę, że tata Rufusa jest policjantem, że Ananiasz nosi okulary, i przez to nie można go bić, i tak dalej. Powtórzenia z tomu na tom, z opowiadania na opowiadanie mają przecież nową scenerię. Pisarz przenosi nas: do fryzjera, do dentysty, do lasu, do domu towarowego, do pociągu, do fabryki czekolady, nawet na wieś do Buni. Także do wielu innych miejsc, w których jednak bohaterem jest zawsze Mikołajek, opisujący z jednej strony szaleństwa swoich kolegów, a z drugiej dostrzegający swoim dziecięcym wzrokiem śmieszne zachowania i pozy dorosłych…


Dział recenzji powstaje przy współpracy z portalem www.libertas.pl

 


Komentarze wydawcy Komentarze użytkowników Zacytuj ten artykuł na swojej stronie Drukuj Czytaj więcej...
Email